Szłam godzinę, dwie, trzy. Jeszcze
nawet nogi mnie nie zaczęły boleć. Moja wędrówka dopiero się zaczynała.
***
*Perspektywa Willa o poranku dnia następnego*
Szedłem właśnie podać Caroline jej poranną porcję nektaru, oraz przekazać
dobrą nowinę. która mówiła, że już jutro będzie mogła wyjść. Ciekawa to była
osóbka nie powiem, zwłaszcza okoliczności, w jakich do nas trafiła. Dotarłem
właśnie do łóżka, na którym leżała, a właściwie powinna. Nie było jej. Może
poszła do brata? Wyszedłem przed namiot. Mark walczył właśnie na arenie z
Jasonem. Spojrzałem na trybuny. Nie było jej tam. Może poszła nad jezioro?
Przeszedłem się tam. Nie ma. To gdzie ona do cholery jest. Teraz się poważnie
zdenerwowałem. Ona nie może na razie się przemęczać, bo na nowo mogą jej się
otworzyć rany. Szybkim krokiem poszedłem w stronę Wielkiego domu.
- Chejronie!- Zawołałem już od progu.
- O co chodzi Will?- Odpowiedział
- Caroline zniknęła.
- Ale jak to? Przecież leżała w szpitalu. No chyba nie wyszła tak po
prostu?- Spytał na wpół zdziwiony, na wpół zdenerwowany.
- No właśnie chyba tak było.
- Ale kiedy?
- Jak podawałem jej wieczorną porcję nektaru, to jeszcze wyglądała na tak
zmęczoną, że ledwie, co siedziała.
- A może jest gdzieś w obozie?
- Może sprawdziłem tylko kilka miejsc.-Powiedziałem
- Dobrze w takim razie zwołam grupę poszukiwawczą. Miejmy nadzieję, że ją
znajdą- powiedział i wyszedł przed budynek. W jednej chwili wokół niego zebrało
się kilku herosów. Wyszedłem i ja.
- Musicie……to…ważne….Idźcie już. Will a ty, choć ze mną, pójdziemy sprawdzić
tuż za barierą.- Nie miałem wyboru. Szliśmy wolnym, wręcz spacerowym krokiem.
- Opowiedz mi jak to się stało? Kiedy odkryłeś, że zniknęła?- Spytał po
dłuższej chwili ciszy Chejron.
- Co się stało? Kto zniknął?- Spytał pojawiając się znikąd Mark.
- Aaa…eee….yyy- Nie wiedziałem, co powiedzieć.
- Marku twoja siostra zaginęła. Dziś rano Will odkrył, że jej nie ma.
Pomożesz nam jej poszukać?- Bez ogródek powiedział Chejron. Markowi gwałtownie
zrzedła mina. W jego oczach widać było wzbierającą furię.
- Jak mogłeś na to pozwolić!?- Wrzasnął na mnie. Szybkim ruchem wyciągnął
swój miecz. Przystawił mi go do gardła. Nie powiem bałem się. Mark był bardzo
przywiązany do swojej siostry. Gdy zostawił ją samą, tylko pod opieką
nieodpowiedzialnej matki, chciał po nią wrócić, lecz pan D ( kierownik obozu,
Bóg wina inaczej Dionizos). Bardzo to przeżył. A teraz, gdy znowu ją stracił,
rozumiem to co czuje. Ostrze jego miecza nagle przestało uciskać moje gardło.
Gdy spojrzałem na właściciela broni, ten klęczał na jednym kolanie i
zakrywał twarz dłońmi. Chyba płakał, bo jego ramiona unosiły się, co jakiś
czas, w nagłych spazmach. Mówi się, że prawdziwi faceci nie płaczą, lecz
właśnie to prawdziwi mężczyźni nie wstydzą się zapłakać gdy im ciężko. Mark był
taką osobą, przez co bardzo go ceniłem. Wracając. Podszedłem do niego i ukucnąłem
na wprost.
- Hej, choć pomożesz nam jej szukać. No już wstawaj nie mamy czasy na
mazgajenie się. Wstawaj!- Wypowiedziałem twardo ostatnie zdania. Wiedziałem, że
to do niego trafi, ponieważ już po chwili musiałem podnosić głowę by spojrzeć
mu w twarz. Nie powiem wysokie z niego chłopczysko. W każdym bądź razie. Ruszyliśmy
w trójkę. Tuż za granicą, poczułem się nieswojo. Nigdy wcześniej nie
wychodziłem. Odkąd tu dotarłem, nie wyściubiłem nosa poza barierę. Ale tą historię
opowiem w innym czasie. Chyba jedna z ran na plecach Juli się otwarła, ponieważ
na ziemi od wczoraj pozostały ślady krwi. Szliśmy za nimi jak za drogowskazami.
Minęła godzina, dwie. Już trzecia godzina mijała, i nadal jej nie było. Jak tak
dalej pójdzie, to do Detroit dojdziemy.
*W tym samym czasie, perspektywa Caroline*
Kuźwa no. Rana mi krwawi. Może w Detroit znajdę jakąś aptekę żeby kupić nowy
bandaż. W kieszeniach moich przepastnych bojówek miałam jeszcze trochę dolców,
więc mogłam sobie na to pozwolić. Widziałam z daleka zarys miasta. Nagle za
sobą usłyszałam kroki i stukot kopyt. Obróciłam się. Za sobą zobaczyłam trzy
postacie, dwóch chłopców i mężczyznę na koniu, tak mi się przynajmniej zdawało,
ponieważ z daleka trudno było rozpoznać. Mimo wszystko postanowiłam jednak
przyspieszyć. Poderwałam się do biegu. Detroit było coraz bliżej, a ludzie za
mną chyba się zorientowali, że to przed nimi właśnie uciekam. Tętent kopyt się
przybliżył. Miałam dwie opcje. Z osobą jadącą konno nie miałam szans, więc,
albo dać się złapać, albo odbić w lewo, po której to stronie miałam Nervade,
rzekę z bardzo słabym nurtem, lecz głęboką. Wybrałam tą drugą opcję. Biegłam
jeszcze jakieś trzy minuty, gdy byłam pewna, że osoba jadąca konno mnie już
dogania, odbiłam w lewo i nabrzeżem zbiegłam wprost do rzeki. Osoba na koniu, pchana
pędem, z jakim jechała pobiegła dalej a ja w przyjemnie chłodnych falach rzeki
pokonywałam kraulem, pokonywałam kolejne metry. Obróciłam się w stronę pościgu.
Dwaj chłopcy również płynęli. Nagle w jednym z nich rozpoznałam swojego brata.
Ten drugi to… Will. Ten, którego spotkałam jak byłam w szpitalu. Nie wiedziałam,
co myśleć. Czemu wtedy przed nimi uciekałam? Nie wiedziałam. Tak się zamyśliłam,
że nie zauważyłam, jak blisko już podpłynęli. Cóż chyba tym razem wygrali. A
może jeszcze nie wszystko stracone? Rzuciłam się do szalonego kraula, od czasu
do czasu spoglądając za siebie. Pogoń niestety nie zaprzestawała pościgu. Nie
chciałam tam wracać. Myśląc tam miałam na myśli ten cały Obóz Herosów. Nie
pasowałam tam, czułam to. Szaleńczo zaczęłam przebierać rękoma i nogami.
Wpadłam na pomysł. Zaczęłam płynąć do brzegu. Gdy się na nim znalazłam, znów
poderwałam się do sprintu. Niestety wcześniejszy bieg i szalona ucieczka w
wodzie, bardzo mnie zmęczyły i nie byłam w stanie daleko uciec, poza tym pogoń
miała dłuższe nogi, więcej siły i przewagę liczebną. Zaszli mnie z dwóch stron
i choć dzielnie próbowałam nadal uciekać nie miało to sensu. Mark złapał mnie w
pasie, tym samym zmuszając do zaprzestania ucieczki. Ech nie tym razem.
- Siostruś już dobrze, już nie uciekaj, Uspokój się. Już dobrze jestem przy
tobie.- Wyszeptał mi, dysząc, do ucha. Jak kazał, tak uczyniłam.
- A teraz wracamy do Obozu. Dobrze?- Spytał
- Dobrze- powiedziałam hardo. Miałam więcej sił niż on. Ale.. W jego oczach zauważyłam
taką ulgę, gdy mnie już złapał, że nie po trawiłabym znów sprawić by cierpiał.
Chciał wziąć mnie na ręce, ale mu nie pozwoliłam. Wyglądał na zmęczonego, a ja już
odzyskałam siły, więc nie chciałam mu sprawiać dodatkowego problemu.
* Cztery godziny później w obozie*
- Caroline, dlaczego uciekłaś?- Spytał Chejron, stojąc przy stoliku
karcianym, na werandzie Wielkiego Domu. Był to ogromny dom jednorodzinny w
kolorze błękitu.
- To moja sprawa. Nic panu do tego odparłam na tyle grzecznie na ile
pozwalały mi nerwy.
- Siostra, daj spokój i powiedz. I tak nic nie wskórasz stawiając opór. – Wtrącił
się Mark.
- Dobrze powiem, ale jak dacie mi się wyspać, bo jestem padnięta. Naprawdę.
Przysięgam na Styks, że jak się wyśpię to powiem. – Powiedziałam, bo wiedziałam,
jakie wrażenie na Grekach robi przysięga na świętą rzekę Styks płynącą w
Hadesie.
- Dobrze. Mark zaprowadź ją na pierwsze piętro, do sypialni. Jak na razie jest
gościem w Wielkim Domu.- Rzekł i odszedł. Mark wziął mnie za rękę i pociągnął do
środka domu. Zaprowadził na pierwsze piętro i otworzył jakieś drzwi. Weszłam. W
środku było wielkie łóżko z narzutą w kolorze pomarańczowym. Niewiele myśląc
zdjęłam buty i padłam na nie. Gdy tylko moja głowa dotknęła poduszki, zasnęłam.
Dedykuję ten rozdział Oli ( Wathewie), która ostatnie bardzo mi pomogła.
piątek, 3 lipca 2015
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Rozdział IV część II czyli Dziwne dziwy + Ucieczka
-Witam.- Usłyszałam ten sam tenor, co parę godzin wcześniej. Nieeee!
***
Do namiotu wszedł centaur, pół człowiek, pół koń. Od pasa w górę to postawnym mężczyzną pod czterdziestkę zaś od pasa w dół był on brązowym… koniem! Ubrany był w różowy T- shirt z napisem „Imprezowe kucyki 2008”. Imprezowe kucyki!?
-Witaj Julio. Miło, że się w końcu obudziłaś.- Powiedział z uśmiechem na twarzy.
- Dzień dobry- odpowiedziałam słabo, bo nadal strasznie mnie bolały plecy i świadomość, że moja mama nie żyje.
-Mam nadzieję, że twój brat ci wszystko wytłumaczył?
- Nie proszę pana nic mi nie powiedział.
- Mów mi Chejron. Wracając jednak do tłumaczeń. Jesteś herosem, czyli dzieckiem boga i śmiertelnika. Jesteśmy teraz w szpitalu polowym w obozie Herosów. Ja jestem jego kierownikiem a zarazem nauczycielem.
- Proszę pana czy to się dzieje naprawdę?- Spytałam, bo nie mogłam uwierzyć, że moja mama nie żyję a ja jestem jakimś herosem. Z tego, co wiem to herosi mają ADHD i dysleksję. To dziwne, że jestem jedną z nich, ponieważ nie mam obu tych objawów.
- Tak. Wielu na początku jest skołowanych. Spokojnie przyzwyczaisz się. – Taaa przyzwyczaję się do tego, że nie mam mamy. Jasne przyzwyczaję się. Nie powiedziałam jednak nic nadal niedowierzając.
- Kontynuując. Twój brat trawił tu przed ośmioma laty. Jest synem Zeusa.- Rzekł niespiesznie.
- A ja? Też jestem jego córką?- Spytałam. Mama mówiła, że tato odszedł jak się urodziłam, więc nie miałam okazji go nigdy zobaczyć. Ale dziecko BOGA!? No dobra już muszę się uspokoić, bo mi zaraz głowa pęknie od pytań.
-Cóż ciężko to teraz określić i tak właściwie to nie powinienem ci tego mówić, ale skoro twój brat jest synem Zeusa to ty zapewne też jesteś jego dzieckiem. – Nie no i co może jeszcze mi powiecie, że też mam walczyć mieczem?
- Dobrze, tyle powinnaś na razie wiedzieć. Zostawię cię teraz samą byś to dobrze sobie przemyślała i przyswoiła nowe informacje.- Powiedział, i wyszedł. Ściemniało się. Nagle rozległ się dźwięk.... Konchy. Był on mi bardzo dobrze znany, ponieważ jak byłam mała i wychodziłam gdzieś do lasu, albo na pola, a robiło się ciemno Mark brał właśnie konchę i trąbił, bym wróciłam. Wtedy naszły mnie wspomnienia związane z moim dzieciństwem. Te lata beztroski i śmiechu. Nawet nie zauważyłam, kiedy przyszedł do mnie jakiś chłopak. Miał on blond włosy do żuchwy i niebieskie oczy. Był dość wysoki. Spojrzał na mnie. Chwilę patrzyliśmy na siebie z w milczeniu.
- Yyy… Cześć. My się znamy? Sorry, ale nie pamiętam cię.- Spytałam ponieważ nie kojarzyłam tego gościa.
- Mam na imię Will. Miałaś bardzo poparzone plecy i okropny uraz głowy. Cudem się wykaraskałaś. Gdzie się tego nabawiłaś?- Spytał siadając na krześle obok mojego łóżka.
- Wiesz to dość długa historia. – Stwierdziłam po dłuższej chwili zastanowienia.
- Spokojnie mamy czas. I tak muszę ci podać lekarstwa.- Rzekł nieśpiesznie.
-Dobra, tylko powiedz mi najpierw proszę ile ja tu już leżałam?
- Około miesiąca. Dopiero wczoraj albo przed wczoraj odzyskałaś świadomość, a rany zaczęły się goić.
- Ok.. Znasz mojego brata Marka prawda? Tak, więc uciekł on z domu, kiedy miałam dziewięć lat. Wtedy zaczęłam pracować u pobliskiego rolnika. W ten sposób pomagałam mami utrzymać dom. Tak nabawiłam się tych ran na plecach, które zapewne widziałeś jak zakładałeś mi opatrunek. Ten rolnik bił mnie jak się spóźniałam, czy coś źle zrobiłam. W ten sposób żyłyśmy sobie do teraz. – W moich oczach zebrały się łzy. Napłynęły do mnie wspomnienia z mamą. Jak siedziałyśmy w altance i rozmawiałyśmy. Jak jeździłyśmy razem konno. Nawet nie zauważyłam jak po mojej twarzy zaczęły spływać ciepłe łzy.
- Hej, ale nie płacz. Wiem, że strata rodziny jest bolesna a twoja historia dodatkowo jest chyba najstraszniejszą, jaką słyszałem, a wiele ich było.. – Powiedział. Szybko otarłam łzy i podniosłam się do pozycji siedzącej. Will podał mi szklankę z jakimś płynem. Przyłożyłam szkło do ust i lekko przechyliłam naczynie. Smak, który poczułam był… dziwny. Sam płyn był zimny a smakował jak moje ulubione wyjęte prosto z pieca croissanty z czekoladą. Zadziwiające uczucie.
- Czy to jest nektar?- Spytałam, bo z mitologią grecką jestem dość obeznana.
- Tak. Skąd wiedziałaś?- Zadał mi pytanie ewidentnie zdziwiony.
- Jak mi się nudziło to czytałam sobie mity greckie.- Odparłam zgodnie z prawdą
- To ty nie masz dysleksji?
- Nooo nie. Mówiłam już ja nie jestem żadnym herosem.
- Musisz być. Inaczej nie wesz byś na teren obozu. A teraz pij, bo ci się rany nie zasklepią. – Powiedział poczym zanotował coś na kartce, którą trzymał i odszedł. What?! Dobra nie ma, co rozpaczać. Wstań. Bardzo powoli podniosłam się do pionu i zsunęłam nogi z łóżka. Zdałam sobie sprawę, że potrzebuję innej koszulki żeby się nie wyróżniać. Obok mnie leżała jakaś pomarańczowa z napisem „obóz pół krwi”. Dobra może być. Ubrałam ją. Ok. Zyskam trochę czasu. Wstałam. Zakręciło mi się w głowie tak bardzo, że musiałam usiąść z powrotem. Spokojnie. Podejście drugie. Tylko powoli. Bardzo ostrożnie się podniosłam. Zrobiłam pierwszy krok i następny i jeszcze kolejny. Wyszłam z namiotu. Słońce już zaszło, a dźwięki dochodzące z areny wskazywały jednoznacznie, że odbywa się tam ognisko. Skierowałam swoje kroki w stronę rozłożystej sosny rosnącej na szczycie wzgórza, znajdującego się na wprost namiotu medycznego. Na wpół idąc, na wpół biegnąc pokonywałam dzielącą mnie odległość od mojego celu. Po dłuższej chwili dotarłam tam. Powoli zaczęłam schodzić po zboczu pagórka. Na dole dostrzegłam drogę biegnącą hen do horyzontu z obu stron. Gdy do niej dotarłam spojrzałam na las po jej przeciwnej stronie. Zdecydowałam, że pójdę w prawo. Rozpoczęłam swoją wędrówkę.
Dedyk dla wszystkich Ileśnaścioraczek. Czytasz proszę komentuj to bardzo motywuje
sobota, 13 czerwca 2015
Rozdział IV część I czyli Dziwne dziwy
Ból. Ból tak ostry że aż nie do zniesienia. Niewyobrażalny. Chyba
leżę na brzuchu, choć nie wiem bo całą moją uwagę przykuwa ból...nie czułam nic innego chociaż próbowałam.
-BOOLI!- powiedziałam ni to do siebie ni to do poduszki pod
moim policzkiem, nadal nie otwierając oczu.
- Spokojnie. Zawołajcie Chejrona i Marka. Powiedzcie że się
obudziła.- Usłyszałam przyciszony, piękny, niski, męski głos, którego nie
rozpoznawałam. Po chwili usłyszałam kroki.
-Will, posłałeś po nas. Co się stało?- spytał ktoś z
głębokim tenorem. Ewidentnie dorosły.
- Obudziła się.- Powiedział chłopak nazwany Willem, nadal
siedząc obok mojego łóżka.
- Julia, jak się
czujesz?- spytał Mark
- Jakby mi ktoś wbijał i wyciągał miliard gwoździ w plecy,
ale poza tym jest ok.-Powiedziałam słabo. Nie! Wcale nie jest ok! Jest
beznadziejnie! Właśnie straciłam matkę, ostatnią osobę która mnie szczerze
kochała i której ufałam.
- Dobrze, to teraz zostawimy cię samą. Musisz odpocząć-
Powiedział ten sam męski głos co na początku.- Will chodź z nami. Musimy
porozmawiać.
- Już idę Chejronie, tylko posmaruję jej plecy nektarem. –
odparł chłopak. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę że jestem rozebrana do pasa.
Mam nadzieje że rozbierała mnie jakaś kobieta. Usłyszałam dźwięk otwieranego…
czegoś. Potem na moich plecach poczułam czyjąś dłoń rozsmarowującą jakąś
substancję po ich po wierzchni. Bolało to cholernie. Chciałam wyć z bólu, lecz
się powstrzymałam. Gdy odchodzili, pośród stuku butów o ziemię, usłyszałam
stukot… KOŃSKICH KOPYT!? What!? Julia ogarnij się. Z bólu dostajesz jakichś
dziwnych majaków. Zostałam sama w pomieszczeniu. Ból który odczuwałam był straszny...był
to ból fizyczny jak i psychiczny. Został mi tylko Mark. Tylko on... Znając moje szczęście i jemu zaraz się coś stanie. Po co w
ogóle mnie ratowali!? Przynoszę same nie szczęścia. No i w końcu zostanę
sama...bez rodziny oraz przyjaciół...każdemu będę obojętna. Czy ktoś mi może powiedzieć po co ja nadal żyję? Pewnie i
tak zostanę sama nikomu nie potrzebna...samotna ,bez użyteczna ...skoro nikomu
nie jestem potrzebna to po co ja dalej istnieje? Takie przemyślenia
błąkały mi się po umyśle jeszcze dobre kilka godzin. W końcu zasnęłam. Gdy się
obudziłam przez długą chwilę nie otwierałam oczu. Wokół słyszałam rozmowy,
śmiech i inne odgłosy których nie mogłam zidentyfikować. Nadal nie otwierając
oczu, przysłuchiwałam się rozmową prowadzonym wokół mnie. Jedni rozmawiali o
tym co działo się ostatnio na jakieś arenie a inni śmiali się z dowcipów które
sobie nawzajem opowiadali. Powieki miałam tak ociężałe że z wielkim trudem je
uchyliłam. Próbowałam kilka razy zanim mi się udało. Powoli rozejrzałam się.
Leżałam na łóżku polowym, w wielkim białym namiocie. Na krześle obok mnie
siedział Mark. Był wyraźnie zmęczony. Pod oczami miał wielkie wory a głowa od
czasu do czasu mu opadała na mostek. Wyglądał tak jak by nie spał od trzech
może więcej nocy.
-Mark...co się stało?
- Powiedziałam cicho a on wyprostował się jakby wyrwany z transu.
-Nic. O..o obudziłaś się. Ech jestem tylko trochę zmęczony.
- Gdzie jestem- spytałam.
- W szpitalu polowym
w obozie Herosów.
- Obozie jakim?
-W obozie dla..hmm...wyjątkowych osób...dzieci
bogów.-Powiedział
- Przecież wiem kto to są herosi! Pytam dlaczego tu
trafiłam!? Po co?
-- Powoli, powoli. Głowa mi
pęka.- poskarżył się
-To wytłumacz mi powoli..eh..po prostu chce wiedzieć!
-Możesz jeszcze chwilę poczekać? Ja nie dam rady ci tego
teraz wytłumaczyć. Poproszę Chejrona żeby do ciebie przyszedł ok?
-Kto to jest...?-Skrzywiłam się.
- To... centaur. Pół człowiek, pół koń. Jest opiekunem i
zarazem nauczycielem herosów. Na mojej twarzy pewnie malował się szok bo
Mark uśmiechnął się i zostawił mnie samą. Ale.... jak to centaur? Moment, moment. Czyli jestem heroską!? Nie, to chyba
jakiś żart. Przecież to mit. W Greckich mitach był taki jeden Chejron. Był on
Centaurem a zarazem potomkiem Kronosa. W tych mitach było też dużo o herosach
na przykład o Perseuszu albo Odyseuszu. Ale to tylko mity no nie? Usłyszałam
ciche stukanie kopyt. Nie rozumiem! Tak to na pewno jest jakiś głupi żart! Tak!
To na pewno mi się śni! Muszę się obudzić z tego dziwnego snu. Uszczypnęłam
się. Nic się nie stało. Zrobiłam to jeszcze raz tylko tym razem mocniej. Nadal
nic. Nie! Nie! To nie może być prawda. Dźwięki kopyt były coraz bliższe, i
głośniejsze. Muszę się obudzić. MUSZĘ! Dałam sobie z liścia. Ała! Nadal nic.
Nie ja się załamię.
- Witam-
usłyszałam ten sam tenor, który słyszałam parę godzin wcześniej. Nieeee!
Dedykacja oczywiście dla Aiki'san. Bez niej nic z tego by nie było. Czytasz proszę komentuj to meega motywuje.
czwartek, 11 czerwca 2015
Rozdział III część II czyli Jak stracić dom w dwóch krokach?
Przysiedliśmy się do nich.
- Długo wam to zajęło. - stwierdził Percy.
- Ej nie wszyscy tu potrafią robić jakieś dziwne rzeczy i
raz być tu a raz tam. Od stadniny tu są trzy kilometry i tak przyjechałam tu w rekordowym
czasie.- obruszyłam się jego brakiem zrozumienia.
- Dobra, dobra już nie nerwicuj się tak bo ci żyłka pęknie-
rzekł z ironią zielonooki. O nie. Tak nie będziemy pogrywać. Rzuciłam mu się do
gardła. Niby taki starszy i w ogóle ale nie potrafi się obronić przed
nastolatką. Nie wiem z kąt moje palce wskazujące znalazły się na jego barkach,
uciskając jeden z mięśni, powodując bardzo ostry ból. Chłopak krzyknął, i
osunął się na podłogę altany. Uznałam że To wystarczająco mu dopiekło więc
zostawiłam go w spokoju. Jason i Mark śmiali się do rozpuku, a na ustach Nico
błąkał się lekki uśmiech. Ja nie wiem o co im chodzi. To wcale nie jest
śmieszne! On mnie obraził! Dobra, dobra Julia uspokój się. On nie miał nic
złego na myśli. Jestem osobą która łatwo sie denerwuje i rozprasza więc nawet taki
drobiazg potrafi mi nieźle dopiec. Cóż bywa. Wyjęłam z plecaka klucze i
otworzyłam drzwi frontowe. Nasz dom ma dwa piętra i strych. Z zewnątrz jest
pomalowany na cytrynową żółć a wewnątrz to już taki mix kolorów i styli że tego
się nie da opisać.
- Mamo! Wróciłam- krzyknęłam w głąb hallu.
- Jak tam było w szkole?- usłyszałam dobrze znajomy kobiecy
głos, dobiegający z głębi salonu. Mama jak zwykle tam właśnie malowała. Ma na
imię Charlotte i jest blondynką. Przeważnie chodzi w poplamionych farbą
jeansach i luźnych kolorowych bluzkach. Dziś miała na sobie pomarańczową. Stała
przed płótnem i mieszała kolory na palecie, którą trzymała w ręce. Cała mama.
-Jak tam było w szkole?- spytała. Wiem że jakbym powiedziała
jej prawdę to by nie uwierzyła więc…… nie, nie chcę kłamać.
-W porządku. Na szczęście nic nam nie zadali. Mamo przyszli
do mnie…. Znajomi. Siedzą w altanie. Zrobię nam lemoniadę. Proszę nie
przeszkadzaj nam bo…..- ech i co tu teraz wymyślić? Chyba będę musiała kłamać-
Projekt na biologię.
- Dobrze kochanie. I tak muszę skończyć ten obraz, bo dziś
przyjeżdża po odbiór jego zleceniodawca. Idź, idź zrobić tę lemoniadę, bo jest
taki upał że każdemu przyda się trochę ochłody.- powiedziała z uśmiechem. Tak upał w marcu. Moja mama czasem jest trochę
nie obecna. Zanim poszłam do kuchni, skoczyłam jeszcze do mojego pokoju
zostawić plecak. Postanowiłam że dodam do lemoniady trochę mięty. Gdy była
gotowa wzięłam ją (w dzbanku oczywiście), pięć szklanek i wróciłam do altanki.
Chłopcy dyskutowali o czymś zawzięcie. Było to coś bardzo ważnego bo gdy mnie
zobaczyli zapadła między nimi cisza jak makiem zasiał. Postawiłam wszystko co
trzymałam w rękach na stoliku i usiadłam obok brata.
-Dobra to teraz mów- zwróciłam się do brata- Z kąt wziąłeś
się w tedy w klasie?
- Siostruś to długa historia i nie do opowiadania na teraz i
w tym miejscu. Zamiast tego opowiedz mi może co ty porabiałaś przez te osiem
lat gdy mnie nie było?- zaintrygowało mnie czemu nie chce mi tego teraz
powiedzieć, ale powstrzymałam pytanie cisnące mi się na usta.
- A co ja miałam robić? Jak odszedłeś to ja też musiałam
zacząć harować jak wół, żebyśmy się utrzymały. I co? Pan Dawkins na dwunaste
urodziny podarował mi Błękitnego. Od tamtej pory na nim jeżdżę do szkoły. A co
poza tym to……- Moje słowa zagłuszył nagły huk. Rozejrzałam się. Niby nic się
nie stało. Ciekawe co to tak trzasnęło? Nie musiałam długo czekać na odpowiedź.
Nagle nasz dom stanął w płomieniach. Tak po prostu. I to nie był taki zwykły
pomarańczowo- złoty tylko zielony.
-Grecki ogień- Mruknął Nico. CO?! Co to jest Grecki ogień?
To dla mnie nie było ważne w tej chwili ponieważ mama została w środku. MAMA!
Muszę po nią pójść! Nim zdążyłam zrobić choć krok, cały budynek się zawalił.
-MAMO!!- z mojego gardła wydobył się krzyk rozpaczy. – MAMO!
MAAAMO!- krzyczałam ze łzami w oczach. Nagle pod moimi stopami wylądował słoik
z… czymś co wyglądało jak ogień. Taki sam który trawił teraz resztki naszego
domu. Percy też go zauważył. Ja stałam tak i patrzyłam na jego piękne języki
coraz mocniej miotające w środku. Percy ni z tego ni z owego złapał mnie w
pasie i pociągnął do tyłu. Potem naszą dwójkę okryła kurtyna wody. Słoik nagle
eksplodował. Płomienie, zniekształcone przez wodę, wystrzeliły w niebo. Po dłuższej
chwili zauważyłam że Percy nadal mnie do siebie przyciska, a Nico, Mark i Jason
nam się przypatrują. Szybko wyswobodziłam się z jego uścisku.
- Dzięki za uratowanie życia- warknęłam przez zaciśnięte
zęby.
- Och nie ma problemu- rzucił z nonszalanckim uśmiechem.
Boże jak mnie ten typ wkurza. Nagle kurtyna wody opadła a za nią zobaczyliśmy….
Chordę rozjuszonych potworów. Od taki latających (chyba gryfów) po takie dziwne
pół ludzkie pół smocze.
-Nico przeniesiesz nas do obozu!?- krzyknął Mark
-Dobra. Złapcie się za ręce- Odpowiedział. Zrobiliśmy jak
kazał. Stałam niestety centralnie na lini strzału. Nagle poczułam jak co
najmniej pięć strzał wbija się w moje plecy a parzące strumienie jadu i języki
ognia omiatają mnie całą. Wtedy zapadliśmy się w ciemność. Ale tak dosłownie.
Jestem 100% pewna że jeszcze wtedy nie straciłam przytomności. Nagle znaleźliśmy
się na szczycie jakiegoś wzgórza. Więcej nie pamiętam bo w tamtej chwili kolana
się pode mną ugięły a ja osunęłam się w ciemność tym razem naprawdę tracąc
przytomność.
Rozdział wyszedł beznadziejnie moim zdaniem ale i tak
chcę go dedykować Wathewie za wielkie wsparcie. Next jutro Czytasz proszę komentuj.
Subskrybuj:
Posty (Atom)